niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział VII

Coś mi nie wychodzi dodawanie rozdziałów w soboty. Może niech to będą jednak niedziele? ;)

.......................................................................................................................................
             Wyjrzała za okno. Okolica powoli pokrywała się białym puchem. Wszystkie problemy wydawały jej  się takie odległe. Spojrzała  na zegarek. Wskazywał czwartą. Ruszyła w stronę szafy aby się przebrać. Oczywiście nie była to mała, drewniana szafa stojąca gdzieś w kącie. Mamy tu na myśli wielkie pomieszczenie po brzegi wypełnione różnorakimi ubraniami i dodatkami. Można było tam spędzić naprawdę dużo czasu. Kate pomyślała o swojej byłej, rudej przyjaciółce, która tak lubiła ładne ubrania, i żal ścisnął jej serce. Nie widziały się już tak długo, nawet nie wiedziała czy Ginny żyje. Mimo, że  Weasley tak ją zawiodła to ona nadal o niej myślała i za nią tęskniła. Brakowało jej tej żywej i roześmianej osóbki. Delikatne dzwonienie zakomunikowało jej, że do pomieszczenia wślizgnęła się Snowflake – jej śnieżnobiała kotka. Dobrze pamiętała dzień w którym Draco jej ją podarował. Żartował, że nie udało mu się znaleźć białej fretki, więc ma ze sobą białego kotka. Stwierdził też, że nigdzie nie znajdzie lepszej fretki niż ta którą był przez chwilę on sam. Powróciła jednak do rzeczywistości, kiedy zorientowała się, że musi zaraz wychodzić. Nie chciała się spóźnić.
~~***~~
             Draco musiał iść, aby nie spóźnić się na spotkanie z Kate, a Blaise miał swoje obowiązki w koszarach. Nick postanowił, że w takim razie pójdzie na piwo kremowe do Madame Rosmerty. Zawsze dziwiło go, że pomimo wojny to miejsce w ogóle się nie zmienia, zawsze panowała tam przyjemna atmosfera. Prześladowało go tylko jedno... poczucie, że ktoś go śledzi. Wiedział, że to idiotyczne. Dla pewności chwycił różdżkę i gwałtownie się obrócił wołając:
- Kto tu jest?! – zero reakcji. Dla pewności zawołał jeszcze raz. Tym razem zza budynku wychynęła drobna główka. – Pokaż się! – drobna dziewczynka stanęła przed nim. Spod czapki wystawały jej dwa rude warkocze. Na chudziutkim ciele zwisał czerwony, poprzecierany płaszczyk. Jedyną czystą rzeczą jaką miała na sobie był szalik w barwach Hufflepuff’u. Spoglądała na niego nieufnie szmaragdowymi oczami. Nos miała oprószony delikatnymi piegami. Nicolasowi zrobiło się żal zabiedzonego dziecka. Przykucnął, aby spojrzeć jej w twarz.
- Jesteś głodna? – zapytał łagodnie. Dziewczynka przytaknęła. – Poczekaj tu, zaraz wrócę – wszedł do „Trzech mioteł” w celu zakupienia jakiegoś jedzenia. Zimą zawsze można było tam zjeść jakiś ciepły posiłek. Wziął dwie miseczki gorącego rosołu i wyszedł. Dziewczynka stała dokładnie w tym samym miejscu w którym ją zostawił. Usiadł na śniegu i podał jej miseczkę z zupą. Ona ostrożnie chwyciła ją w przemarznięte rączki. Próbowała jeść powoli, ale głód z nią wygrał i po chwili siorbała zupę już bez użycia łyżki. Nick odstąpił jej jeszcze swoją własną porcję.
- To co, powiesz mi teraz jak masz na imię?
- Hope – szepnęła.
- Bardzo ładne imię. Ale powinnaś teraz być w domu. Zmykaj – dziewczynka jakby trochę zawiedziona zaczęła się powoli oddalać. Nick teleportował się do twierdzy, jednak za późno zorientował się, że kościste rączki ściskają jego pelerynę.
~~***~~
             Draco zabrał Kate do ich ulubionej restauracji. Złożyli zamówienia i w końcu mogli swobodnie porozmawiać.
- Martwię się o Nicka, Draco.
- Ja też zauważyłem, że nie jest z nim najlepiej.
- Z niego po prostu uchodzi życie. Nie wiem jak mam mu pomóc. Najgorsze jest to, że on nie chce dać sobie pomóc.
- Wiesz, że nie jestem dobry w takich sprawach. Ja też za nią tęsknie.
- Wszyscy za nią tęsknimy –poprawiła go.
- Poradzi sobie.
- Tak myślisz?
- Skarbie, mówi Ci to Draco Malfoy, a on zawsze ma racje – uśmiechnął się do niej czarująco.
- Tego argumentu nic nie przebije – zaśmiała się. Reszta wieczoru minęła w przyjemnej atmosferze. Musieli się trochę odstresować.
~~***~~
- No to mamy problem – Nicolas przeczesał nerwowo palcami włosy. – Przecież twoi rodzice będą się martwić.
- Nie będą – odparła dziewczynka z niepokojącym przekonaniem.
- Dobra, do tego jeszcze wrócimy. To może chociaż powiesz mi dlaczego chodziłaś akurat za mną?
- Bo wyglądasz jak Oni.
- Jacy „Oni”? – Nick nie ukrywał swojego zdziwienia.
- No Oni – Hope powtórzyła to takim tonem, jakby w głowie jej się nie mieściło, że można tego nie wiedzieć. – Mamusia zawsze tak na nich mówiła. Przyszli do nas i tatuś kazał mi się schować i dał mi ten szalik. Mówił, że mnie potem znajdzie i powiedział, że razem z mamusią mnie kochają, a ja przecież o tym wiedziałam. I tatuś poszedł otworzyć drzwi i potem Oni i mamusia i tatuś poszli gdzieś, a ja czekałam. Tatuś nie przychodził, to pomyślałam sobie, że ja go poszukam. No i tak go szukam i potem znalazłam Ciebie i za tobą poszłam i mi kupiłeś rosołek i byłeś taki miły, ale Oni nigdzie się nie znaleźli i Gilbert musiał mnie pocieszać i…
- A kto to jest Gilbert?
- Och, jak ty nic nie rozumiesz. Inni Oni nie byli tacy gadatliwi. Ale potem prowadzili mnie do sierocińca i mówili, że mam tyle nie paplać, ale ja wcale nie paplam. No i ja musiałam  stamtąd uciekać, ale raz dostałam ten płaszczyk. A jeden chłopczyk to mi chciał zabrać mój szalik i ja go teraz nie lubię tego chłopca i on to w ogóle…
- Rozumiem, ale kto to jest Gilbert? – bezpośredniość tego dziecka coraz bardziej go bawiła.
- To jest Gilbert – pokazała mu wyciągniętego z kieszeni płaszcza misia.
- Bardzo ładny.
- On jest przystojny. Mój tata zawsze tak mówił: „ Gilbert jest przystojny, a ty jeszcze ładniejsza”.
- Dobrze – Nicolas roześmiał się. – To może powiesz mi jak nazywali się twoi rodzice?
- Nie.
- Jak to nie?
- Bo mama zawsze mi mówiła, że mam nie mówić obcym ludziom takich rzeczy.
- Aha – wiedział, że jakby jej powiedział, że w ten sposób znajdzie jej rodziców, to na pewno by mu powiedziała, ale nie chciał jej robić nadziei. Jednak wpadł na inny pomysł. Zagwizdał. – A jemu byś powiedziała? – wskazał na wytaczającego się z sąsiedniego pokoju psa.
- Jemu powiem. Ale nie podsłuchuj! – zastrzegła.
- Oczywiście – jednak Hope mówiła na tyle głośnym „szeptem”, że nie musiał specjalnie podsłuchiwać. Piorun siedział ze spokojem, a dziewczynka przytulona do jego szyi opowiadała wszystko z przejęciem. Nicolas przyglądał jej się. Ta drobna, gadatliwa istotka poruszyła coś w jego zakurzonym sercu. Kiedy miał już wystarczają ilość informacji, wysłał Higgs’a po odpowiednie dokumenty.
- I co ja mam z tobą zrobić mała?
- Nie wiem, ale nie wysyłałabym mnie do sierocińca, bo zakładam, że bym z niego uciekła.
- Ale tutaj też nie możesz zostać.
- Dlaczego? Przecież nawet Cię lubię i nie przeszkadza mi aż tak bardzo twoje gadulstwo.
- Moje gadulstwo? – zapytał ze śmiechem.
- No przecież ja nie jestem gadułą.
- Nie no, oczywiście – wolał się z nią nie kłócić. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. – Wejść!
- Panie Generale, przyniosłem dokumenty o które Pan prosił.
- Dziękuję Higgs, możesz odejść.
- Tak jest – kiedy porucznik zniknął za drzwiami Nick zwrócił się do Hope.
- Dobra, to teraz ty idziesz się porządnie wyszorować. Skrzaty Cię zaprowadzą. Postaram się też znaleźć Ci coś świeżego do ubrania. Potem się zastanowimy co z tobą zrobić – zaraz po wyjściu Hope sięgnął po pozostawioną na biurku teczkę. Zobaczył w niej to czego się spodziewał. Zgarnął ją i zebrał się do wyjścia.
- Higgs, jak Hope się umyje to masz się nią zająć i jej przypilnować. Ja zaraz wracam.
- Mam się z nią bawić Panie Generale?!
- Nie idioto, masz ją wypasać na łące! Oczywiście, że masz się z nią bawić! I módl się, żeby mi się na nic nie poskarżyła!
             Szybko dotarł do komnat Kate. Zastukał, a kiedy kobieta go wpuściła zwięźle opisał jej całą sytuację.
- I nie wiem co mam teraz zrobić.
- Przecież widzę, że wiesz co zrobić.
- Żartujesz sobie, nie może tu mieszkać. To  obce dziecko!
- Nie unoś się tak braciszku. Ja tylko stwierdzam, co widać po twoim zachowaniu.
- Merlinie, do sierocińca też jej nie oddam. Na razie tu zostanie, a potem zobaczę – kobieta tylko westchnęła.
- A tak w ogóle jak się czujesz? Ostatnio mało rozmawiamy.
- Ojciec podobno szykuje atak na Hogwart. Uważa, że wtedy zada Dumbledore’owi ostateczny cios. Mnie nic nie chce powiedzieć. Siedzi sam, nawet z matką nie rozmawia. Zawsze wiedziałem, że to szaleniec. Jak tak dalej pójdzie, to ja skończę tak samo.
- Nick, nie mów tak. Zobaczysz, ta wojna się nie długo skończy.
-Wierzysz w to jeszcze? To naiwne. Nie wierzę, że dałem się w to wkręcić. Wiesz, czasami zastanawiam się co by było, gdybym dalej był Harrym Potterem, Chłopcem Który Przeżył, nadzieją czarodziejskiego świata.
- Błagam Cię, przestań. Mnie też nie jest łatwo. Muszę się płaszczyć przed tymi wszystkimi zapyziałymi ministrami, dbając o stosunki zagraniczne. A ojciec wcale swoim zachowaniem nie pomaga. Naprawdę ciężko jest przekonać ministra Francji, że nasi śmierciożercy znaleźli się nad kanałem  La Manche zupełnie przez przypadek. Na razie wystarczy nam jedna wojna. Czasami też wolałabym być dalej kujonką, która pewnie teraz wertowałaby książki poszukując sposobu na wygranie tej wojny. Jeszcze na dodatek muszę martwić się o ciebie i Dracona. Nikomu nie jest łatwo, ale trzeba żyć dalej. Nam też jest bez niej ciężko, ale poddając się życia jej nie wrócisz! Wiem, że trwa wojna, ale ona chciałaby byś się nie poddawał. Jeszcze wszystko będzie dobrze…
- Nic bez niej nie jest dobrze! Rozumiesz?! Ja nie potrafię bez niej żyć! Nie potrafię – rozpłakał się. Łkał jak małe dziecko, ale nie wytrzymał już. Musiał wyrzucić z siebie te złe emocje, które w sobie dusił przez tyle czasu. Kate objęła brata.
- Przyjdź jutro z małą do nas na śniadanie, zjemy w piątkę.
- W piątkę? – zdziwił się?
- Tak, Blaise też ma przyjść. Czasami zadziwia mnie ile ten facet może mieć w sobie humoru i optymizmu.
- Tak, on jest w dziewięćdziesięciu procentach złożony z poczucia humoru – zaśmiali się razem.

~~***~~
             Nicolas miał ochotę roześmiać się, kiedy dostrzegł swojego podwładnego w różowej sukience, z koroną na głowie, popijającego wyimaginowaną herbatę. Obok niego siedziała Hope, w błękitnej sukience, którą kazał dla niej przygotować. Z bardzo poważną miną obgadywała niejaką księżnę Fritzpatrick, twierdząc, że chodzi jak kaczka i ona sama na pewno lepiej zatańczyłaby razem z księciem. Higgs oczywiście gorliwie jej przytakiwał, dodając, że kreacja księżnej również nie wypadała najlepiej. Nick dostrzegł nawet Gilberta we fraku.
- Jak herbatka, księżniczki? – zapytał wesoło.
- Pan Generał! – niestety Higgs chciał wstać tak szybko, że przydepnął sobie sukienkę, co skończyło się jego upadkiem wprost pod nogi szefa.
- Ja zawsze myślałem, że to panowie kłaniają się księżniczką, a nie odwrotnie.
- Tak jest Panie Generale! – mężczyzna gramolił się z podłogi i na pewno nie robił tego z gracją godną księżniczki. – Znaczy… Ja pójdę się przebrać – zniknął szybko za drzwiami.
- Nawet go lubię, ale kiepska z niego księżniczka – dziewczynka patrzyła na drzwi za którymi przed chwilą zniknął mężczyzna.
- Chyba będziecie musieli znaleźć sobie inną zabawę.
- To mogę tu zostać? – spytała z nadzieją. Nick przykucnął, aby móc jej spojrzeć w twarz.
- Tak, na razie tak – Hope rzuciła mu się na szyje.
- Dziękuję – szepnęła w jego koszule. Nick po chwili otępienia również ją objął. – A mogę ci mówić wujku? – spojrzała mu prosto w oczy.
- Jasne – uśmiechnął się do niej.
- Super, będę miała wujka – szczerze się cieszyła.
- Chodź, pokarzę ci gdzie będziesz spała.
- A jaki rodzaj potwora mieszka pod łóżkiem? – zapytała całkowicie poważnie.
- Rodzaj potwora?
- No tak, pod każdym łóżkiem mieszka potwór. Niektóre są dobre, a inne nie. I chce wiedzieć jaki jest ten.
- Cóż, myślę, że ten na pewno jest dobry.

- To dobrze, bo ja nie lubię niedobrych potworów. Są z nimi same problemy – dziewczynka chwyciła Gilberta i łapiąc Nicka za rękę dała się poprowadzić do przydzielonego jej pokoju.

2 komentarze:

  1. Rozdział jak zwykle świetny :)
    Hope jest boska. I teraz mój ulubiony fragment: '' - Mam się z nią bawić Panie Generale?!
    - Nie idioto, masz ją wypasać na łące! '' Awwww *.* to takie twoje :D aż przypominają mi się nasze rozmowy :3
    Weny życzę :D Weronika

    OdpowiedzUsuń