środa, 23 lipca 2014

Rozdział X

            W pubie było gęsto od dymu tytoniowego, a zapach podrzędnego alkoholu drażnił mu nos. Żołnierze tłumnie zebrani przy ławach robili sporo hałasu. Nick rozejrzał się uważnie. Jego zguba siedziała przy barze. Mundurową kurtkę miał zarzuconą na ramiona, koszula była krzywo zapięta, a krawat zwisał smętnie z jego pleców. Szklanka z ognistą wędrowała w górę i w dół. Jednym słowem, Draco Malfoy był w opłakanym stanie. Kompletnie pijany kłócił się z barmanem, który nie chciał wydać mu kolejnej kolejki. Nicolas ruszył szybko w ich stronę. Draco od razu go zauważył.
- Nie chce mi dać więcej. Mówi, że jestem pijany. Rozumiesz to Riddle? Wyśle go do koloni karnej!
- Oczywiście Malfoy, ale teraz idziesz ze mną.
W Dracona wstąpiła nowa siła. Stanął na chwiejących się nogach i stuknął Nica w pierś.
- Zabij mnie. Zabij mnie! Nie mogę bez niej żyć! Nie mogę. - Malfoy wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać.
- Idziemy stąd zanim do reszty się zbłaźnisz.
Nick wziął blondyna pod ramię i siłą wyprowadził na zewnątrz. Draco bełkotał coś pod nosem, ale Riddle nie zwracał na niego uwagi.
~~***~~
            Dracon Malfoy otworzył ciężkie powieki. Czuł się jakby ważył tonę, a w głowie mu szumiało. Próbował usiąść, ale jego własne kończyny nie były posłuszne i o mało nie spadł z kanapy. Nie zwrócił większej uwagi na obserwujące go dziecko, dopóki nie krzyknęło donośnym głosikiem
- Wujku, obudził się!
- Zamknij się ty mały gnomie - syknął wściekle w poduszkę.
- Hope, idź proszę razem z Morrisen'em wyprowadzić Grzmota i Pioruna.
Nick wszedł do pokoju i uśmiechnął  się do dziewczynki. Ta, nie czekając, aż mężczyzna zmieni zdanie wybiegła uradowana. Mężczyzna podał Malfoy'owi szklankę wody z rozpuszczoną w niej aspiryną. Rzucił się na nią jakby pierwszy raz widział wodę na oczy. Nie przeszkadzał mu nawet kwaskowaty posmak lekarstwa, wychylił wszystko za jednym zamachem. Dopiero wtedy był w stanie przejść do pozycji siedzącej.
- Czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś? Zachlałbym się na śmierć i byłby chociaż spokój.
Spojrzał spode łba na Riddle'a. Ten patrząc mu prosto w oczy odpowiedział twardo
- Nie. Nie mogłem . Nie mógłbym żyć ze świadomością, że pozwoliłem ci umrzeć. Że pozwoliłem odejść najważniejszej osobie w życiu mojej siostry. Wiem, jak bolesna jest ta strata.
Draco przez chwilę siedział całkowicie zamyślony, poczym znów skupił uwagę na swoim rozmówcy.
- Nienawidzę cię, Riddle - powiedział z cieniem uśmiechu.
- I vice versa, Malfoy. I chcę tylko, żebyś wiedział, że nie pomógłbym ci, gdybym nie był przekonany o twojej niewinności. A, że wiem więcej niż niektórym się wydaje...
- Do czego zmierzasz?
Nick uśmiechnął się z lekka kpiąco.
- Moja pomoc nie jest bezinteresowna. Ja pomogę tobie, a ty mnie.
- W czym ja, niedorastający do twoich stóp Malfoy, mogę ci pomóc?
- Nie kpij Malfoy - zganił go. - Możesz bardziej niż ci się wydaje. I to nie tylko mnie. Muszę mieć tylko pewność, że nikt się o tym nie dowie. Musisz złożyć wieczystą przysięgę.
Draco spojrzał zaciekawiony na Nick'a. Cóż takiego mógł on ukrywać? I do diaska, do czego mu potrzebny, on, Malfoy? Ale pociągała go ta adrenalina. Dracon Malfoy nie wielbił w tym wszystkim niczego ponad adrenalinę właśnie. Podał Nicolasowi rękę.
- Zgadzam się, Riddle.
Nickowi zabłysły oczy. Złapał bladą rękę Malfoya.
- Przysięgnij, że tajemnice, które ci powierzę nie ujrzą światła dziennego i nikomu ich nie wyjawisz. Pozostaną tylko i wyłącznie między nami.
- Ja, Dracon Lucjusz Malfoy, przysięgam, że żadna tajemnica, która zostanie mi teraz powierzona, nie ujrzy światła dziennego z mojej winy. Nikt nie wyciągnie ze mnie żadnej informacji. Będę ich wiernie  strzegł.
Ich ręce owinęła świetlista nitka, która jednak zaraz zniknęła.
- Pięknie Malfoy, powinieneś to robić częściej.
- Bardzo zabawne.
- A żebyś wiedział. A teraz umyłbyś się z łaski swojej. Nie wyglądasz zbyt reprezentacyjnie.
Draco chwycił przygotowane dla niego ubrania i ruszył do łazienki ostentacyjnie trzaskając drzwiami, mimo, że czuł, że jego głowa może tego nie wytrzymać. Nick natomiast skierował się do sąsiedniego pokoju, gdzie urzędował Higgs. Jego podwładny stanął przed nim na baczność i zasalutował.
- Przygotuj mi dokumenty. Teraz muszę wyjść, a kiedy wrócę...
Mimo, że adiutant wstał od biurka, skrobanie pióra po pergaminie nie ustało. Nick odwrócił się na pięcie. Przy nowo wstawionym biurku, siedziała brunetka i kompletnie ignorując obecność Nicolasa dalej przeglądała dokumenty. Odwrócił się do dalej stojącego porucznika.
- Kto. To. Jest?! - wycharczał przez zęby. Higgs przyzwyczajony do tego typu zachowań odpowiedział spokojnie
- Kazał mi pan zatrudnić sekretarkę, więc ją zatrudniłem, panie generale.
- Fakt - Nick uspokoił się nieco. - Wyślij ją za chwilę do mnie.
Wrócił do swojego gabinetu, nie zaszczycając nowej pracownicy choćby jednym spojrzeniem. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, kobieta wypuściła pióro z ręki i wzięła głęboki wdech.
- Przepraszam - Terrence spojrzał na nią. - Powinienem ci powiedzieć, że pan generał nie lubi być ignorowany.
- Mówisz o nim "pan generał" nawet kiedy go tu nie ma.
- Nie zdziwiłbym się gdyby te ściany miały uszy - powiedział poważnie. Brunetka spojrzała na niego przestraszona.
- Nie martw się nie jest taki zły. Jest tylko trochę... Specyficzny.
- Specyficzny...
- Spokojnie, nie zje cię. Acha, będzie ci zadawał pytania, postaraj się kompletnie nie zmyślać, jeśli się zorientuje, wpadnie w szał.
- Wspaniale, mam już spisywać testament?
- Nie przesadzaj. Jestem jego adiutantem od początku i jak widzisz żyję i nadal mam pracę.
Słowa Higgsa podniosły ją na duchu. Dobrze, że nie usłyszała ostatniego zdania.
- Tylko, że jako jedyny z jego podwładnych.
- Mówiłeś coś?
- Nie, chodźmy, pan generał nie może czekać.
Terrence zapukał, jak należało, a po usłyszeniu "wejść", otworzył drzwi i wpuścił zestresowaną kobietę. Weszła niepewnie na chwiejnych nogach. W tym momencie żałowała, że postanowiła jednak ubrać te szpilki.
- Usiądź.
Posłusznie przycupnęła na stojącym przed biurkiem krześle.
- Nazwisko.
- Adriene Craftword.
Nick wyszedł na chwilę bez słowa. Kiedy wrócił miał ze sobą teczkę z dokumentami. Położył je przed sobą i studiował uważnie. Kiedy skończył przeniósł uwagę na Adriene.
- Adriene Nicole Craftword, lat 23, urodzona 27 października w Nowym Jorku. Czy tak?
- Zgadza się.
Nick patrząc w dokumenty kontynuował.
- Córka czystokrwistego czarodzieja Johna Georga Craftworda i mugolaczki Stephanie Likemark. Status krwi: półkrwi.
- To chyba nie problem? Czytałam, że według prawa czarodzieje półkrwi mogą pracować w administracji, tylko, że na niskich stanowiskach i bez możliwości awansu.
- Dobrze o tym wiem panno Craftword, sam ustalałem to prawo.
W tym momencie Adriene pożałowała, że nie ugryzła się w język. Żeby podpaść szefowi pierwszego dnia pracy! I to jeszcze komu, facetowi, który mógłby skrócić ją o głowę, choćby i tylko dla zabawy!
- Powiedziałaby mi pani lepiej, dlaczego chciała pani zostać moją sekretarką.
Już miała ochotę sprzedać mu tanią historyjkę o tym jak zawsze marzyła o takiej pracy i jaki to wielki da niej zaszczyt. Jednak ostrzeżenie Higgsa wciąż tłukło jej się w głowie.
- Dla pieniędzy. Teraz ciężko o dobrą pracę.
Nick pokiwał głową i spojrzał na nią odrobinę łagodniej.
- Niech pani wraca do pracy, panno Craftword.
Kobieta musiała mocno nad sobą panować, żeby po prostu nie wybiec z gabinetu. Riddle natomiast zgarnął jej dokumenty i schował do szuflady biurka, aby później móc im się lepiej przyjrzeć. W tym momencie właśnie w gabinecie pojawił się Malfoy. Czysty i z normalnym kolorem twarzy wyglądał zdecydowanie lepiej.
- No, teraz mogę pokazać się z tobą publicznie Malfoy. Chodź.
- Kto to był? - Draco docierał jeszcze swoją jasną czuprynę zielonym ręcznikiem.
- Moja nowa sekretarka - Nick miał minę jakby właśnie zjadł wyjątkowo kwaśną cytrynę.
- Ładna była. I nie patrz tak na mnie. Zachowujesz się jakby bycie kobietą było grzechem, a co dopiero bycie atrakcyjną kobietą. Minęły już prawie trzy lata. Może czas poluzować sobie pasa i żyć dalej? Pozwól sobie na to Riddle.
Draco próbował spojrzeć rozmówcy w oczy, ale ten zręcznie go unikał. Wyszli na pusty korytarz i zeszli po najbliższych schodach. Zejście było coraz bardziej strome i ciemne. Połykało ich jak osmalone gardło smoka. Prawie po omacku dotarli do ciężkich drzwi.
- Tylko się nie zdziw, Malfoy.
Nick pchnął odgradzającą ich przeszkodę, a ta ustąpiła delikatnie. Za przejściem rozciągała się hala treningowa. Dziesięciu mężczyzn ćwiczyło jak idealnie zaprogramowany komputer. Wymach, cios, unik, pad. Wyglądali jakby sterował nimi jeden mózg. Mistrzowsko wywarzona, zabójcza broń. Ćwiczący zatrzymali się w końcu, a wtedy do nowoprzybyłych podszedł brunet ze środka. Szedł jednocześnie pewny siebie i wyniosły oraz pełen pokory i uniżenia. Żołnierz doskonały. Stanął przed Nickiem i zasalutował. Spod rękawa wystawał mu tatuaż z liczbą sześć.
- Malfoy, właśnie podziwiasz jedno z najwspanialszych dzieł mojego życia. Oto grupa dziesięciu idealnie wyszkolonych zabójców. A to Sześć. Dowodzi nimi.
- Dlaczego Sześć, a nie na przykład Jeden?
- Mam słabość do szóstek.
- No tak... Ale jaki to ma związek ze mną?
- Powiedzmy, że to tylko świetnie przygotowane narzędzie. Pomogą nam osiągnąć, to co zamierzam.
- A co zamierzasz?
- Ostatnio zrobiłeś się strasznie ciekawski.
Draco zmarszczył się. Nick położył mu swoją dłoń na ramieniu.
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
~~***~~
            Nick zapiął swoją skórzaną kurtkę i zgarnął ze stolika kluczyki,  drugą ręką pochwytując kask. Kate czekała na niego oparta o biurko Higgsa, który walczył sam ze sobą, żeby tylko nie zatopić spojrzenia w jej pośladkach, które swoją drogą miał tuż pod nosem. Tak jak prosił, zmieniła swój image. Jej strój nie nadawał się do jej codziennego zajęcia, lecz do miejsca, w które zamierzali się udać pasował idealnie. Specjalnie na ten wypad magicznie skróciła swoje włosy, wyprostowała i zmieniła ich kolor na krwiście czerwony. Pocałował ją w policzek na powitanie.
- Gdybyś nie była moją siostrą, powiedziałbym, że niezła z ciebie kocica.
- Nie wczuwaj się. Masz być niegrzecznym chłopcem, ale nie przeginaj, tygrysie.
Chwyciła pasek kasku i ciągnęła Nica do momentu aż znaleźli się na zewnątrz. Motor już stał. Idealnie wypolerowany lakier ścigacza oślepiał nieprzeniknioną czernią. Nick ukłonił się i podał Kate kask.
- Milady, powóz czeka.
Kate przyjęła go i wślizgnęła się na motor.
- Podlizujesz się.

- Wiem - uśmiechnął się w sposób, którego już dawno nie widziała. Jakby szelmowska część jej brata w końcu do niego wracała. Choć wiedziała, że mógł jedynie udawać, bardzo chciała wierzyć, że to prawda. Nick z dziką radością warknął silnikiem i ruszył z piskiem opon w stronę otwierającego się przejścia. Pojawili się w opustoszałej bocznej uliczce. Z rykiem wypadli na główną drogę. Nick z lubością łamał wszelkie drogowe przepisy, lawirując z zawrotną prędkością między samochodami. Przez skrzyżowania przenikał niczym rasowy drogowy pirat, zostawiając za sobą rozżalonych kierowców i ich wyjące klaksony. Zatrzymał się dopiero na miejscu. Jednym, płynnym ślizgiem zajął miejsce na parkingu. Lokal, w którym można było załatwić wszelkie szemrane interesy jak zawsze był pełen ludzi. Woń drogich cygar, mieszała się ze smrodem tanich fajek. Bogaci, zwani tutaj Inwestorami, załatwiali przy stolikach swoje sprawy. Roiło się tu też od płatnych morderców, złodziei i innych ciemnych typów, gotowych spełnić każdą prośbę Inwestorów, oczywiście za odpowiednią opłatą. Kobiety z atutami na wierzchu czekały na chętnych, którzy zapłaciliby za noc rozluźnienia. Nick omijał jednak ich wszystkich, chcąc dostać się do serca tego miejsca. Do ojca tego wszystkiego. Jego celem był gabinet Szefa.