środa, 23 lipca 2014

Rozdział X

            W pubie było gęsto od dymu tytoniowego, a zapach podrzędnego alkoholu drażnił mu nos. Żołnierze tłumnie zebrani przy ławach robili sporo hałasu. Nick rozejrzał się uważnie. Jego zguba siedziała przy barze. Mundurową kurtkę miał zarzuconą na ramiona, koszula była krzywo zapięta, a krawat zwisał smętnie z jego pleców. Szklanka z ognistą wędrowała w górę i w dół. Jednym słowem, Draco Malfoy był w opłakanym stanie. Kompletnie pijany kłócił się z barmanem, który nie chciał wydać mu kolejnej kolejki. Nicolas ruszył szybko w ich stronę. Draco od razu go zauważył.
- Nie chce mi dać więcej. Mówi, że jestem pijany. Rozumiesz to Riddle? Wyśle go do koloni karnej!
- Oczywiście Malfoy, ale teraz idziesz ze mną.
W Dracona wstąpiła nowa siła. Stanął na chwiejących się nogach i stuknął Nica w pierś.
- Zabij mnie. Zabij mnie! Nie mogę bez niej żyć! Nie mogę. - Malfoy wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać.
- Idziemy stąd zanim do reszty się zbłaźnisz.
Nick wziął blondyna pod ramię i siłą wyprowadził na zewnątrz. Draco bełkotał coś pod nosem, ale Riddle nie zwracał na niego uwagi.
~~***~~
            Dracon Malfoy otworzył ciężkie powieki. Czuł się jakby ważył tonę, a w głowie mu szumiało. Próbował usiąść, ale jego własne kończyny nie były posłuszne i o mało nie spadł z kanapy. Nie zwrócił większej uwagi na obserwujące go dziecko, dopóki nie krzyknęło donośnym głosikiem
- Wujku, obudził się!
- Zamknij się ty mały gnomie - syknął wściekle w poduszkę.
- Hope, idź proszę razem z Morrisen'em wyprowadzić Grzmota i Pioruna.
Nick wszedł do pokoju i uśmiechnął  się do dziewczynki. Ta, nie czekając, aż mężczyzna zmieni zdanie wybiegła uradowana. Mężczyzna podał Malfoy'owi szklankę wody z rozpuszczoną w niej aspiryną. Rzucił się na nią jakby pierwszy raz widział wodę na oczy. Nie przeszkadzał mu nawet kwaskowaty posmak lekarstwa, wychylił wszystko za jednym zamachem. Dopiero wtedy był w stanie przejść do pozycji siedzącej.
- Czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś? Zachlałbym się na śmierć i byłby chociaż spokój.
Spojrzał spode łba na Riddle'a. Ten patrząc mu prosto w oczy odpowiedział twardo
- Nie. Nie mogłem . Nie mógłbym żyć ze świadomością, że pozwoliłem ci umrzeć. Że pozwoliłem odejść najważniejszej osobie w życiu mojej siostry. Wiem, jak bolesna jest ta strata.
Draco przez chwilę siedział całkowicie zamyślony, poczym znów skupił uwagę na swoim rozmówcy.
- Nienawidzę cię, Riddle - powiedział z cieniem uśmiechu.
- I vice versa, Malfoy. I chcę tylko, żebyś wiedział, że nie pomógłbym ci, gdybym nie był przekonany o twojej niewinności. A, że wiem więcej niż niektórym się wydaje...
- Do czego zmierzasz?
Nick uśmiechnął się z lekka kpiąco.
- Moja pomoc nie jest bezinteresowna. Ja pomogę tobie, a ty mnie.
- W czym ja, niedorastający do twoich stóp Malfoy, mogę ci pomóc?
- Nie kpij Malfoy - zganił go. - Możesz bardziej niż ci się wydaje. I to nie tylko mnie. Muszę mieć tylko pewność, że nikt się o tym nie dowie. Musisz złożyć wieczystą przysięgę.
Draco spojrzał zaciekawiony na Nick'a. Cóż takiego mógł on ukrywać? I do diaska, do czego mu potrzebny, on, Malfoy? Ale pociągała go ta adrenalina. Dracon Malfoy nie wielbił w tym wszystkim niczego ponad adrenalinę właśnie. Podał Nicolasowi rękę.
- Zgadzam się, Riddle.
Nickowi zabłysły oczy. Złapał bladą rękę Malfoya.
- Przysięgnij, że tajemnice, które ci powierzę nie ujrzą światła dziennego i nikomu ich nie wyjawisz. Pozostaną tylko i wyłącznie między nami.
- Ja, Dracon Lucjusz Malfoy, przysięgam, że żadna tajemnica, która zostanie mi teraz powierzona, nie ujrzy światła dziennego z mojej winy. Nikt nie wyciągnie ze mnie żadnej informacji. Będę ich wiernie  strzegł.
Ich ręce owinęła świetlista nitka, która jednak zaraz zniknęła.
- Pięknie Malfoy, powinieneś to robić częściej.
- Bardzo zabawne.
- A żebyś wiedział. A teraz umyłbyś się z łaski swojej. Nie wyglądasz zbyt reprezentacyjnie.
Draco chwycił przygotowane dla niego ubrania i ruszył do łazienki ostentacyjnie trzaskając drzwiami, mimo, że czuł, że jego głowa może tego nie wytrzymać. Nick natomiast skierował się do sąsiedniego pokoju, gdzie urzędował Higgs. Jego podwładny stanął przed nim na baczność i zasalutował.
- Przygotuj mi dokumenty. Teraz muszę wyjść, a kiedy wrócę...
Mimo, że adiutant wstał od biurka, skrobanie pióra po pergaminie nie ustało. Nick odwrócił się na pięcie. Przy nowo wstawionym biurku, siedziała brunetka i kompletnie ignorując obecność Nicolasa dalej przeglądała dokumenty. Odwrócił się do dalej stojącego porucznika.
- Kto. To. Jest?! - wycharczał przez zęby. Higgs przyzwyczajony do tego typu zachowań odpowiedział spokojnie
- Kazał mi pan zatrudnić sekretarkę, więc ją zatrudniłem, panie generale.
- Fakt - Nick uspokoił się nieco. - Wyślij ją za chwilę do mnie.
Wrócił do swojego gabinetu, nie zaszczycając nowej pracownicy choćby jednym spojrzeniem. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, kobieta wypuściła pióro z ręki i wzięła głęboki wdech.
- Przepraszam - Terrence spojrzał na nią. - Powinienem ci powiedzieć, że pan generał nie lubi być ignorowany.
- Mówisz o nim "pan generał" nawet kiedy go tu nie ma.
- Nie zdziwiłbym się gdyby te ściany miały uszy - powiedział poważnie. Brunetka spojrzała na niego przestraszona.
- Nie martw się nie jest taki zły. Jest tylko trochę... Specyficzny.
- Specyficzny...
- Spokojnie, nie zje cię. Acha, będzie ci zadawał pytania, postaraj się kompletnie nie zmyślać, jeśli się zorientuje, wpadnie w szał.
- Wspaniale, mam już spisywać testament?
- Nie przesadzaj. Jestem jego adiutantem od początku i jak widzisz żyję i nadal mam pracę.
Słowa Higgsa podniosły ją na duchu. Dobrze, że nie usłyszała ostatniego zdania.
- Tylko, że jako jedyny z jego podwładnych.
- Mówiłeś coś?
- Nie, chodźmy, pan generał nie może czekać.
Terrence zapukał, jak należało, a po usłyszeniu "wejść", otworzył drzwi i wpuścił zestresowaną kobietę. Weszła niepewnie na chwiejnych nogach. W tym momencie żałowała, że postanowiła jednak ubrać te szpilki.
- Usiądź.
Posłusznie przycupnęła na stojącym przed biurkiem krześle.
- Nazwisko.
- Adriene Craftword.
Nick wyszedł na chwilę bez słowa. Kiedy wrócił miał ze sobą teczkę z dokumentami. Położył je przed sobą i studiował uważnie. Kiedy skończył przeniósł uwagę na Adriene.
- Adriene Nicole Craftword, lat 23, urodzona 27 października w Nowym Jorku. Czy tak?
- Zgadza się.
Nick patrząc w dokumenty kontynuował.
- Córka czystokrwistego czarodzieja Johna Georga Craftworda i mugolaczki Stephanie Likemark. Status krwi: półkrwi.
- To chyba nie problem? Czytałam, że według prawa czarodzieje półkrwi mogą pracować w administracji, tylko, że na niskich stanowiskach i bez możliwości awansu.
- Dobrze o tym wiem panno Craftword, sam ustalałem to prawo.
W tym momencie Adriene pożałowała, że nie ugryzła się w język. Żeby podpaść szefowi pierwszego dnia pracy! I to jeszcze komu, facetowi, który mógłby skrócić ją o głowę, choćby i tylko dla zabawy!
- Powiedziałaby mi pani lepiej, dlaczego chciała pani zostać moją sekretarką.
Już miała ochotę sprzedać mu tanią historyjkę o tym jak zawsze marzyła o takiej pracy i jaki to wielki da niej zaszczyt. Jednak ostrzeżenie Higgsa wciąż tłukło jej się w głowie.
- Dla pieniędzy. Teraz ciężko o dobrą pracę.
Nick pokiwał głową i spojrzał na nią odrobinę łagodniej.
- Niech pani wraca do pracy, panno Craftword.
Kobieta musiała mocno nad sobą panować, żeby po prostu nie wybiec z gabinetu. Riddle natomiast zgarnął jej dokumenty i schował do szuflady biurka, aby później móc im się lepiej przyjrzeć. W tym momencie właśnie w gabinecie pojawił się Malfoy. Czysty i z normalnym kolorem twarzy wyglądał zdecydowanie lepiej.
- No, teraz mogę pokazać się z tobą publicznie Malfoy. Chodź.
- Kto to był? - Draco docierał jeszcze swoją jasną czuprynę zielonym ręcznikiem.
- Moja nowa sekretarka - Nick miał minę jakby właśnie zjadł wyjątkowo kwaśną cytrynę.
- Ładna była. I nie patrz tak na mnie. Zachowujesz się jakby bycie kobietą było grzechem, a co dopiero bycie atrakcyjną kobietą. Minęły już prawie trzy lata. Może czas poluzować sobie pasa i żyć dalej? Pozwól sobie na to Riddle.
Draco próbował spojrzeć rozmówcy w oczy, ale ten zręcznie go unikał. Wyszli na pusty korytarz i zeszli po najbliższych schodach. Zejście było coraz bardziej strome i ciemne. Połykało ich jak osmalone gardło smoka. Prawie po omacku dotarli do ciężkich drzwi.
- Tylko się nie zdziw, Malfoy.
Nick pchnął odgradzającą ich przeszkodę, a ta ustąpiła delikatnie. Za przejściem rozciągała się hala treningowa. Dziesięciu mężczyzn ćwiczyło jak idealnie zaprogramowany komputer. Wymach, cios, unik, pad. Wyglądali jakby sterował nimi jeden mózg. Mistrzowsko wywarzona, zabójcza broń. Ćwiczący zatrzymali się w końcu, a wtedy do nowoprzybyłych podszedł brunet ze środka. Szedł jednocześnie pewny siebie i wyniosły oraz pełen pokory i uniżenia. Żołnierz doskonały. Stanął przed Nickiem i zasalutował. Spod rękawa wystawał mu tatuaż z liczbą sześć.
- Malfoy, właśnie podziwiasz jedno z najwspanialszych dzieł mojego życia. Oto grupa dziesięciu idealnie wyszkolonych zabójców. A to Sześć. Dowodzi nimi.
- Dlaczego Sześć, a nie na przykład Jeden?
- Mam słabość do szóstek.
- No tak... Ale jaki to ma związek ze mną?
- Powiedzmy, że to tylko świetnie przygotowane narzędzie. Pomogą nam osiągnąć, to co zamierzam.
- A co zamierzasz?
- Ostatnio zrobiłeś się strasznie ciekawski.
Draco zmarszczył się. Nick położył mu swoją dłoń na ramieniu.
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
~~***~~
            Nick zapiął swoją skórzaną kurtkę i zgarnął ze stolika kluczyki,  drugą ręką pochwytując kask. Kate czekała na niego oparta o biurko Higgsa, który walczył sam ze sobą, żeby tylko nie zatopić spojrzenia w jej pośladkach, które swoją drogą miał tuż pod nosem. Tak jak prosił, zmieniła swój image. Jej strój nie nadawał się do jej codziennego zajęcia, lecz do miejsca, w które zamierzali się udać pasował idealnie. Specjalnie na ten wypad magicznie skróciła swoje włosy, wyprostowała i zmieniła ich kolor na krwiście czerwony. Pocałował ją w policzek na powitanie.
- Gdybyś nie była moją siostrą, powiedziałbym, że niezła z ciebie kocica.
- Nie wczuwaj się. Masz być niegrzecznym chłopcem, ale nie przeginaj, tygrysie.
Chwyciła pasek kasku i ciągnęła Nica do momentu aż znaleźli się na zewnątrz. Motor już stał. Idealnie wypolerowany lakier ścigacza oślepiał nieprzeniknioną czernią. Nick ukłonił się i podał Kate kask.
- Milady, powóz czeka.
Kate przyjęła go i wślizgnęła się na motor.
- Podlizujesz się.

- Wiem - uśmiechnął się w sposób, którego już dawno nie widziała. Jakby szelmowska część jej brata w końcu do niego wracała. Choć wiedziała, że mógł jedynie udawać, bardzo chciała wierzyć, że to prawda. Nick z dziką radością warknął silnikiem i ruszył z piskiem opon w stronę otwierającego się przejścia. Pojawili się w opustoszałej bocznej uliczce. Z rykiem wypadli na główną drogę. Nick z lubością łamał wszelkie drogowe przepisy, lawirując z zawrotną prędkością między samochodami. Przez skrzyżowania przenikał niczym rasowy drogowy pirat, zostawiając za sobą rozżalonych kierowców i ich wyjące klaksony. Zatrzymał się dopiero na miejscu. Jednym, płynnym ślizgiem zajął miejsce na parkingu. Lokal, w którym można było załatwić wszelkie szemrane interesy jak zawsze był pełen ludzi. Woń drogich cygar, mieszała się ze smrodem tanich fajek. Bogaci, zwani tutaj Inwestorami, załatwiali przy stolikach swoje sprawy. Roiło się tu też od płatnych morderców, złodziei i innych ciemnych typów, gotowych spełnić każdą prośbę Inwestorów, oczywiście za odpowiednią opłatą. Kobiety z atutami na wierzchu czekały na chętnych, którzy zapłaciliby za noc rozluźnienia. Nick omijał jednak ich wszystkich, chcąc dostać się do serca tego miejsca. Do ojca tego wszystkiego. Jego celem był gabinet Szefa.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział IX

            Wszyscy zgromadzeni wokół szpitalnego łóżka jak zaczarowani przypatrywali się aparaturze podpiętej do pacjenta. Przysłuchiwali się rytmicznemu pikaniu, które informowało, że serce pacjenta zaczęło bić mocniej i szybciej. Zwiastowało to tylko jedno. Nicolas Riddle powracał do świata żywych.
- Draco szybko, zawołaj lekarza – blondynka siedząca koło łóżka złapała swojego brata za rękę. W chwili, w której magomedyk wszedł do sali Nick poruszył palcem u ręki. Jego powieki powoli zaczęły się unosić.
- Dzień dobry, panie Riddle. Jeśli mnie pan słyszy proszę zamrugać dwa razy – mężczyzna posłusznie wykonał polecenie. – Wspaniale. Serce pracuje dość stabilnie, podamy kroplówkę i myślę, że pan Riddle nie długo wróci do siebie.
- Dziękuję panie doktorze, – kiedy lekarz wyszedł, Kate na powrót skupiła całą swoją uwagę na bracie. – Nigdy więcej tak nie rób, słyszysz. Nigdy więcej mnie nie zostawiaj – Nicolas w odpowiedzi tylko się uśmiechnął. Nie mógł jej przecież nic zagwarantować.
Próbował jedynie wychrypieć jedno słowo. Jednak z tak zaschłym gardłem nie było to takie łatwe.
- Hoopr, Hooope.
- Już spokojnie braciszku. Zajęliśmy się nią razem z Draco. Nic jej nie jest, najadła się tylko trochę strachu. Teraz pilnuje jej Blaise.
            Nicolas rozluźnił się i zapadł w spokojny sen. Wszystko było w porządku, a przynajmniej w tamtym momencie nie odczuwał nawet najmniejszej straty.
            Nick powoli zbierał swoje rzeczy. Za chwilę miał zjawić się Higgs i mieli wrócić do twierdzy.
- Panie Riddle – do sali wszedł magomedyk. – Przyniosłem panu przepaskę. Szczerze panu powiem, że nie mamy pojęcia, dlaczego akurat oko. Właściwie nie mamy pojęcia, dlaczego w ogóle pan przeżył. Dlatego gdyby działo się coś niepokojącego, proszę niezwłocznie się do nas zgłosić.
- Oczywiście panie doktorze.
Nicolas musiał „zapłacić” za swoje życie. Stracił lewe oko. Nad i pod okiem rozciągała się zygzakowata blizna. Druga blizna przecinała jego plecy oraz tors niczym złowieszcza szarfa. Czarną przepaską zasłonił pusty oczodół przysłonięty nieruchomą powieką. Wyglądał teraz dość przerażająco. Niczym doświadczony zakapior. Ale czy w sumie nim nie był?
- Panie generale, możemy iść? – Higgs wszedł do sali.
- Tak, jestem gotowy.
Przed wejściem stało czterech uzbrojonych śmierciożerców. Sala Nicolasa była pilnowana dzień i noc, aby nikt przypadkiem nie zechciał dokończyć swojego dzieła. Teraz też mieli problem. W tym stanie Riddle musiał się oszczędzać i na siebie uważać, więc teleportacja i świstokliki odpadały. Po wielu dyskusjach postanowili użyć mugolskiego samochodu wzmocnionego i chronionego zaklęciami. Było to bardzo ryzykowne, ale nie mieli innego wyjścia. Wsiedli do luksusowego BMW i unieśli się w górę, zgrabnie omijając uliczne korki. Zmierzali na same obrzeża, gdzie mogli spokojnie przenieść się do twierdzy. Wysiedli na pustej polanie. Nicolas wyczarował przejście, które prowadziło wprost na błonia twierdzy. Przeszli przez nie niczym przez drzwi.
~~***~~
            Siedział za biurkiem tonąc w stercie papierów. Nigdy by nie przypuszczał, że wojna może nieść za sobą tyle papierkowej roboty, której nawiasem mówiąc serdecznie nienawidził. Może znajdzie sobie sekretarkę? Spojrzał na beztrosko bawiącą się Hope. Czasami też chciałby z powrotem stać się dzieckiem. Dziewczynka podbiegła i usiadła mu na kolanach.
- Pobawisz się ze mną wujku?
- Mam dużo pracy, może potem. – Hope była trochę zawiedziona, ale za chwilę swoją uwagę przeniosła na stojące na biurku zdjęcie.
- Kto to? – Nick spojrzał na ramkę. Na zdjęciu był on razem z Ellizabeth. Zrobili je, kiedy byli razem nad morzem. Ich ostatni wspólny wyjazd.
- To jest najwspanialsza kobieta, jaką mogłem poznać. Kiedyś Ci o niej opowiem, ale nie dzisiaj, dobrze brzdącu? – pstryknął ją delikatnie w nos, a ona się roześmiała.
- Ale obiecujesz, że kiedyś?
- Obiecuję.
- To dobra. – Hope zsunęła się z kolan mężczyzny i pobiegła dalej bawić się swoimi lalkami.
~~***~~
            Nicolas ani się obejrzał, a już musiał szykować się na bal świąteczny. Fakt obchodzenia świąt przez śmierciożerców nawet go bawił. A kiedy przypominał sobie jak jego siostra o to walczyła, to już w ogóle chciało mu się śmiać. Powoli zapinał guziki swojego galowego munduru. Poprawiał medale, wygładzał kołnierz. Hope kupił na tą okazję czerwoną sukienkę. Kate natomiast, tak upięła jej włosy, aby nie leciały jej na twarz i nie przeszkadzały. Byli gotowi chwilę przed czasem. Spokojnie kierowali się w stronę sali balowej.
            Wielu gości już się zebrało. Voldemort spraszał całe grono jego najwyżej postawionych popleczników. Oficerowie, redaktor naczelny Proroka Codziennego, pracownicy ministerstwa, komendant służby porządkowej. Nick kierował się w stronę swojej siostry. Stała w towarzystwie czerwonego na twarzy Malfoya i zalecającego się do niej francuskiego ambasadora. W tym momencie w oczach Nicka pojawiły się złowieszcze błyski świadczące o tym, że z satysfakcją psychopaty obiłby co nieco panu ambasadorowi. Zaszedł krępego mężczyznę od tyłu i prawie, że sycząc wypluł z siebie jadowicie
- Wesołych Świąt ambasadorze.
Mężczyzna podskoczył przestraszony i błyskawicznie się obrócił. Musiał lekko zadrzeć głowę, aby spojrzeć Nicolasowi w oczy. Jego nieustająca pewność siebie przy tym człowieku topniała w zastraszającym tempie. Francuz najzwyczajniej w świecie bał się postawnego Brytyjczyka. Z resztą, kto się go nie bał? Jeszcze ta przepaska. Ambasador całą siłą musiał powstrzymywać natarczywe wyobrażenie ziejącego pustką oczodołu.
- Chyba redaktor Proroka pana szuka. Może warto by z nim porozmawiać?
Polityk oczywiście pojął iluzję Nicolasa. A dla własnego dobra wolał z nim nie dyskutować. Posłał Kate pożegnalne spojrzenie, skinął głową i odszedł zbierać swoją godność z podłogi. Nick chwycił szklaneczkę ognistej. Wychylił ją jednym ruchem.
- Co za palant – szklanka z hukiem zetknęła się z zimnym blatem.
- Niestety braciszku, ten palant jest nam potrzebny – Kate zgromiła mężczyznę wzrokiem.
- Ale to nie powód, żeby cię rozbierał wzrokiem – Draco nie pozostawił sytuacji bez komentarza. Potrzebował zdecydowanie więcej trunku na uspokojenie. Jego oddech dobitnie na to wskazywał.
- Draco… Porozmawiamy później – Kate wolała nie kłócić się z mężczyzną w towarzystwie. Choć bardzo go kochała, czasami traciła do niego cierpliwość. – Wybaczcie, ale muszę jeszcze coś załatwić. Nie pozabijajcie mi się tutaj tylko.
Kate z gracją odeszła w sobie tylko znanym kierunku. Nicolas osuszył  jeszcze jedną szklaneczkę alkoholu i skierował swoje kroki w stronę tarasu. Świeże powietrze koiło jego zmysły. Z wewnętrznej kieszeni munduru wyciągnął zdobną papierośnicę, wziął swojego ulubionego Fritzgera i przypalił. Zaciągnął się, a tytoniowy dym przyjemnie drażnił jego płuca. Przymknął oczy i starał się wyciszyć umysł. Tym czasem podeszła do niego pewna brunetka. Szła zarzucając po drodze wszystkim czym miała, a jej krótka sukienka odkrywała więcej niż powinna. Zapewne nie zamarzła tylko dzięki zaklęciu.
- Szukałam cię, Nicolasie.
Odezwała się delikatnym, zamszowym głosem. Nick wyrwał się z zamyślenia. Odwrócił się na pięcie.
- Monique. Kto Cię tu przyprowadził?
- Pewien bardzo miły klient.
Uśmiechnęła się kpiąco umalowanymi na czerwono ustami.
- Miałaś chyba zamiar powiedzieć głupi i zdesperowany.
- Ty też kiedyś taki byłeś. Ale na szczęście zostawiłeś mi pamiątkę. Masz ze mną dziecko.
Nicolas wybuchł  śmiechem. Po chwili jednak, jego twarz stała się przerażająco poważna. Podszedł do kobiety niebezpiecznie blisko.
- Czy ty myślisz, że o to nie zadbałem? Na takie historie możesz sobie naciągać tych wszystkich swoich prezesików. Wybrałem cię tylko z jednego powodu. - Przybliżył swoje usta do samego jej ucha. - Wiem, że jesteś bezpłodna.
Odszedł zostawiając oniemiałą kobietę. Nick miał już dość tego całego przyjęcia. Chciał już wrócić do siebie.
~~***~~

         Kate porzuciła biżuterię na stojącej w przedpokoju etażerce. Bolerko odwiesiła na pobliskim haczyku. Kiedy zmierzała do sypialni coś przykuło jej uwagę. Na stole, opierając się wazon, stała beżowa koperta. Zdziwiona kobieta podeszła i wzięła do rąk tajemniczą przesyłkę. Była zalakowana, jednak nie odciśnięto w niej żadnej pieczęci. Zwykły, gładki, czerwony lak. Kate złamała go i obejrzała zawartość. W jednym momencie jej ciało oblała fala smutku i dzikiej furii.