niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział VI

5 lat później

        Nick wraz z Zabinim kroczyli do gabinetu Dumbledora.
- Czekoladowe żaby.
- Czy on zawsze musi mieć takie dziwne hasła?
- Nie wiem Diable – westchnął Riddle. Weszli po kręconych schodach. Zapukali delikatnie, lecz stanowczo i otworzyli drzwi. W gabinecie zastali nie tylko dyrektora, ale i Lupina, Moody’ego, państwo Weasley oraz McGonagall.
- Czyżby małe zebranie Dumbledore? Pozwolisz, że się przyłączymy – zapytał z lekka ironicznie Nicolas i wyczarował dwa wygodne krzesła. Wszyscy patrzyli na nich trochę dziwnym wzrokiem, ale zaraz się opamiętali.
- Och, Pan Riddle i Pan Zabini. Wybaczcie na chwilę moi drodzy, zaraz do was wrócę – Albus przeprosił zebranych i odszedł razem z Riddlem na bok. – O co chodzi?
- Musisz dobrze ukryć… TE dzieci. Za kilka dni będzie inspekcja. W Hogwarcie już nie jest bezpiecznie.
- Dobrze, dziękuję Ci Nicolasie – spojrzał na chłopaka dobrodusznie zza swoich okularów połówek.
- Robię to tylko dla dzieci. One nie powinny być zamieszane w tę wojnę, Dumbledore. Chodź Blaise, idziemy – mieli jeszcze iść do kilku sal i odbębnić przy okazji  inspekcję nauczycieli.
- To do kogo idziemy, Nick?
- Chodźmy na eliksiry do Slughorna.
             Jak się spodziewali, lekcje przebiegały w jak najlepszym porządku. Na sam koniec zostawili sobie klasę McGonagall. Przed samymi drzwiami dostrzegli kilku funkcjonariuszy Służby Porządkowej.
- Co pana sprowadza do Hogwartu, inspektorze? – kiedy tylko mężczyźni dostrzegli kto się do nich zwraca stanęli prości jak struny.
- Mamy nakaz aresztowania Minervy McGonagall, pod zarzutem podburzania uczniów przeciwko władzy, Panie Generale – wyrecytował.
- Tak to poważne wykroczenie, inspektorze.
- Zgadza się Panie Generale – Blaisowi chciało się śmiać, ale udało mu się zachować kamienną twarz.
- I zamierza pan tam teraz wkroczyć i widowiskowo aresztować panią profesor?
- Tak jest, Panie Generale – inspektor dumnie wypiął pierś.
- I tu się pan myli.
- J – ja – jak to się mylę? Z całym szacunkiem, ale nie rozumiem, Panie Generale – mężczyzna zaczął się intensywnie pocić.
- To bardzo proste, inspektorze. Nie zrobi pan tu wielkiego szumu, tylko poczeka aż wszystkie dzieci opuszczą salę i dopiero aresztuje pan, panią profesor. Zrozumiał pan?
- A – al – ale ja…
- To był rozkaz, nie prośba, inspektorze.
- Tak jest, Panie Generale.
- To świetnie, że się rozumiemy. Aha – Nick rzucił roztrzęsionemu mężczyźnie paczkę chusteczek. – Niech się pan z łaski swojej wytrze, bo teraz wygląda pan bardziej śmiesznie niż strasznie – kiedy odeszli Zabini w końcu mógł się zaśmiać.
- Ale żeś mu napędził stracha – chichotał.
- Czasem trzeba, Zab. Ale co innego mnie martwi. Mamy kapusia w Hogwarcie.
- A kto teraz nie donosi, przyjacielu.
- W sumie masz rację.
~~***~~
             Nick siedział w swoim gabinecie przeglądając raporty.  Jak ja tego nienawidzę – pomyślał. Nagle dwa dogi niemieckie leżące obok jego biurka niebezpiecznie zawarczały.
- Piorun, Grzmot spokój – rozległo się pukanie do drzwi. – Wejść! – w drzwiach pojawił się adiutant siedzącego przy biurku mężczyzny. Porucznik zasalutował uderzając lewą pięścią w klatkę piersiową, specjalnie tą ręką na której widniał mroczny znak.
- Na spotkanie oczekuje pułkownik Wolf. Czy mam go wpuścić Panie Generale?
- Tak, zaproś Antona, Higgs.
- Tak jest – porucznik wyszedł, a jego miejsce zajął młody brunet.
- Witam mojego drogiego kuzyna. Co cię do mnie sprowadza? – w tym czasie dwa ciemne cielska uważnie obwąchiwały nogi przybysza.
- Jak zwykle nic miłego Nicolasie. Aresztowałem McGonagall.
- Wiem. Napijesz się czegoś?
- Nie, ale zapalę jeśli pozwolisz.
- Proszę, chętnie się przyłącze. Miałem przyjemność spotkać pana inspektora. Swoją drogą, nie wiedziałem, że wysługujesz się Służbą Porządkową.
- Och, są bardzo, że tak się wyrażę, wygodni. Takie posłuszne pieski. Powiedz siad to siedzą, powiedz gryź to gryzą.
- Tak, rozumiem – blondyn musiał zaciągnąć się dymem, aby ukryć zdegustowanie. Miał swoje, dość odmienne, zdanie na ten temat. – A czemu akurat McGonagall? Przecież mogłeś aresztować dosłownie każdego.
- Gruba ryba, będzie spokój na jakiś czas. Mam jeszcze namiary na Weasleya – Wolf uśmiechnął się w taki sposób, że Nick nie chciał wiedzieć jak zdobył te informacje.
- Którego? – zapytał tylko sucho.
- Jak to którego? Ronalda.
- Chcesz mi powiedzieć, że aresztujesz jednego z najaktywniejszych popleczników Dumbledora?
- Owszem. I nie aresztuje go jako jedynego. Wiesz ile osób pociągnie za sobą?
- Zapewne wiele – Anton był tak nakręcony, że kompletnie ignorował brak zainteresowania ze strony swojego kuzyna.
- Wiele to mało powiedziane. To będzie największy sukces w mojej karierze!
- Być może – Nicolas wyraźnie dał mu do zrozumienia, że powinien już iść. Bruneta odprowadziły niezbyt przyjazne pomruki ze strony zwierząt.
- Zobaczysz, Czarny Pan mnie jeszcze ozłoci!
- Ale chyba tylko po to, żebyś się udławił tym bogactwem – rzucił do zamkniętych już dębowych drzwi.
~~***~~
- Czy buty są wypastowane Śmieszko?
- Tak Panie, nasmarowane Pańską ulubioną pastą – skłoniła się nisko. Nicolas szykował się na kolejne spotkanie. Nienawidził ich całym swoim jestestwem, ale jego ojciec uparł się aby na nim był. Mieli rozmawiać z amerykańskim Ministrem Magii. Voldemort uznał, że jako jego syn ma obowiązek godnie go reprezentować. Jednak Nick wiedział, że jego ojciec też nie przepadał za tymi spotkaniami i po prostu wykorzystywał jego i Kate. Ubrany w swój wyjściowy mundur i nienagannie wypastowane oficerki ruszył w stronę sali żartobliwie nazywanej przez Zabiniego Salą Głupich Umów. Zatrzymał się tylko na chwilę  koło biurka swojego adiutanta.
- Przez najbliższe trzy godziny będę niedostępny, Higgs – porucznik widząc w jakim humorze jest jego szef już wiedział dlaczego go nie będzie.
- Rozumiem, Panie Generale – i Nick oddalił się z tak posępną miną, że nikt nie śmiał go zaczepiać. Odznaczenia na jego piersi pobrzękiwały w rytm stawianych przez niego kroków.  Kiedy dotarł na salę okazało się, że wszyscy czekają tylko na niego. Obecna była jego siostra i kilku wysoko postawionych śmierciożerców. Kiedy tylko zajął swoje miejsce zaczął się cały cyrk. Kate przedstawiła ich warunki i żądania.
- Oczywiście jesteśmy skłonni do negocjacji o ile pan minister zechce współpracować.
- Ale nie wiem czy ja jestem skłonny – minister poprawił swoje okulary.
- A ja jestem przekonany, że dojdziemy do porozumienia – odezwał się siedzący dotąd cicho Nicolas. Wstał i wolnym krokiem ruszył w stronę ministra.
- Myślę, że nie chce mieć pan w nas, a tym bardziej we mnie wroga. A przecież nie żądamy wiele. Tylko trochę… Zaufania.
- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi! – mężczyzna wstał i ruszył do drzwi, które Nick zamknął jednym machnięciem różdżki. Pojawiło się przy nich również dwóch śmierciożerców. W tym momencie minister przestraszył się nie na żarty.
- Zamierzacie mnie tu więzić?!
- Ależ może pan wyjść – śmierciożercy przy drzwiach podnieśli różdżki.
- Ja… Ja zgadzam się tylko mnie wypuście – zabrzmiało to dość żałośnie.
- Czyli jednak. Jak miło, że zmienił pan zdanie – skinął na stojących w drzwiach mężczyzn i wymaszerował z triumfalnym uśmiechem. Po drodze zatrzymał go jeden z ludzi Wolfa.
- Panie Generale, Półkownik Wolf melduje, że może Pan przesłuchać Minervę McGonagall.
- Przekaż Antonowi, że zaraz się zjawię.
- Tak jest.
~~***~~
             Nicolas już miał iść do swojej starej pani profesor kiedy do jego gabinetu jak burza wpadła Kate.
- Nie musiałeś go straszyć! W końcu bym go zagięła!
- Ale to trwa, a mnie szkoda czasu. Jestem żołnierzem, nie politykiem, nie będę strzępił języka na darmo – burknął. – Poza tym trwa wojna, a ona nie uznaje kompromisów.
- Babcia miała rację jesteś bardzo do niego podobny.
- Wydaje ci się.
- Ale jedno cie wyróżnia, nie chcesz się do tego przyznać – przytuliła go. – Poszedłbyś raz z nami do wioski, rozerwałbyś się trochę.
- Czyś ty się zgadała z Zabinim?. – uśmiechnął się do niej.
- No, i to jest mój braciszek! Przemyśl to jeszcze! – rzuciła zamykając drzwi.
~~***~~
             Schodził na najniższe poziomy Twierdzy Shadow. Trzymali tam wszystkich więźniów. Jedno z najlepiej strzeżonych miejsc. Wprowadzono go do celi McGonagall.
- Pani Profesor? – kobieta odwróciła swoją zmęczoną twarz. Wyglądała teraz na o wiele starszą niż w rzeczywistości. – Wie Pani co zeznawać?
- Tak, Profesor Dumbledore wszystkich dokładnie poinstruował.
- Mocno naciskają?
- Nie martw się o mnie Riddle, już wiele w życiu przeszłam. Z tym też sobie poradzę.
- Załatwię Pani porządny posiłek – westchnął. Zastukał w drzwi celi. – Otworzyć! – i wyszedł. Potrzebował chwili odpoczynku.
~~***~~
             Znów śnił mu się ten okropny koszmar. Dlaczego musiał przeżywać to codziennie? Przecież minęło już tyle czasu. Dwa lata, najgorsze dwa lata w jego życiu. Doskonale pamiętał jej krystaliczny śmiech, jej szczery uśmiech, subtelny zapach jej bladej skóry. Dlaczego los był tak niesprawiedliwy? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie.
~~***~~
- Wstawaj leniu! Ubieramy wygodne ciuszki i lecimy na miasto!
- Zabini czyś ty do reszty zgłupiał?! Nigdzie nie idę!
- Oj wstawaj, bo zapleśniejesz. Draco już na nas czeka.
- Powtarzam, nigdzie nie idę, a już na pewno nie z Malfoy’em!
- Powinieneś się bratać z przyszłym szwagrem.
- Oświadczył jej się?! – Nick zerwał się na równe nogi.
- Jeszcze nie, ale miło, że wstałeś. Za piętnaście minut masz być gotowy – Blaise wyszedł bardzo z siebie zadowolony.

- To gdzie chcecie mnie zabrać?
- Ostało się jeszcze w tym kraju parę ciekawych miejsc – Blaise szczerzył się jak głupi. Deportowali się do jakiegoś miasteczka. Diabeł ciągał swoich towarzyszy po wszelkich możliwych pubach i klubach. Na początku Draco i Nick próbowali oponować, ale kiedy zrozumieli, że to i tak nic nie da, zaprzestali. Riddle dość szybko przejrzał zamiar upicia go. Na szczęście miał mocną głowę. Choć był wdzięczny przyjacielowi, że ciągle próbuje mu pomóc, to wiedział, że akurat alkohol dawno już przestał działać. Było wiele zainteresowanych nim kobiet, ale każdą odprawiał z kwitkiem. A miały jedną, wielką wadę: nie były nią…
~~***~~
- No i gdzie my jesteśmy?! – pieklił się Malfoy.
- Chyba coś pokręciłem – Zabini podrapał się po głowie. – A może mówiła, że mamy iść w prawo…
- No świetnie!
- Ja wiem gdzie jesteśmy – mruknął Nick. Widać było, że nie jest z tego faktu zadowolony.
- To nas oświeć, stolico mądrości! – warknął Draco.
- Jesteśmy w Little Whinging – Blaise aż zagwizdał.
- No to nieźle. To może teraz ty prowadź Nick.
- Chodźcie – pozostali mężczyźni z braku innego wyjścia ruszyli za blondynem. Okazało się jednak, że nie są tak daleko od centrum jak im się zdawało. Zatrzymali się w pobliskim hotelu. Postanowili ruszyć dalej dopiero rano. Woleli nie ryzykować teleportacji w swoim stanie.
~~***~~
             Nick obudził się z bólem głowy. Jego towarzysze również nie czuli się najlepiej. Jako że był dzień powszedni musieli wcisnąć się w swoje mundury. Gorzej było z doprowadzeniem się do porządku i wyglądaniem jak ludzie, a nie jak banda Trolli Górskich. Oczywiście pojawienie się trzech generałów w hotelowej restauracji zrobiło niemałe wrażenie. Na szczęście nikt ich nie niepokoił i mogli spożyć swoje śniadanie w spokoju.
- Chciałbym iść jeszcze w jedno miejsce – Riddle spojrzał poważnie na swoich towarzyszy.
- Jesteś tego pewny? Nie wiesz co tam zastaniesz. Musisz się przygotować na wszystko.
- Wiem.
- No to ruszajmy.

Zapłacili za noc w hotelu i deportowali się pod Privet Drive 4. Dom wyglądał na opuszczony i taki też się okazał. Zapuszczony trawnik, obdrapane drzwi. Kiedy Nick przekroczył próg jego twarz otuliło zimne powietrze. Po podłodze walały się połamane meble, odłamki porcelanowego serwisu herbacianego i wiele innych zniszczonych elementów wystroju wnętrza. Stukot jego oficerek odbijał się donośnym echem. Nicolas patrząc na to wszystko poczuł coś czego akurat w tej sytuacji czuć nie chciał. Mianowicie miał wyrzuty sumienia. Nie myślał, że tak przeżyje zniszczenie tego domu. Na schodach dostrzegł smugę krwi. Wiedział co tam zastanie i nie miał najmniejszej ochoty tego oglądać. Mimowolnie pomyślał o mugolskich opiekunach Kate. Uznał, że jednak mieli szczęście, że nie dożyli tej wojny. On sam momentami wolał jej nie dożyć. Chociaż nie musiałby się męczyć żyjąc nie z Nią, a z wyrzutami sumienia.

środa, 25 grudnia 2013

Świąteczna niespodzianka, czyli "Magia Świąt"

Witam wszystkich w ten Świąteczny dzień. Pragnę złożyć Wam wszystkich najlepsze życzenia, aby te Święta były najmagiczniejszym momentem w Waszym życiu. No i oczywiście, aby było Was tu jak najwięcej. Potterowych Świąt moi drodzy!
.............................................................................................................................................

„Niejeden z nas czasem robi jakiś błąd 
Czasem się zdarza dwa razy pod rząd. 
Ufa tym, co nie warci ufania, 
Kocha tych, co nie warci kochania. 
 A kto wie, czy za rogiem 
Nie stoją Anioł z Bogiem? 
I warto mieć marzenia 
Doczekać ich spełnienia. 
Kto wie czy za rogiem 
Nie stoją Anioł z Bogiem? 
Nie obserwują zdarzeń, 
I nie spełniają marzeń!!!”

~ DeSu – „Kto wie?”




                Są w grudniu szczególne dni. Choć wieje ostry wiatr, mróz szczypie w policzki, a zaspy osiągają monstrualne wielkości, to w ludzkich sercach gości ciepło. Ciepło wyjątkowe – bo świąteczne. Ciepło to topi w wszelkie złości, przegania żale i troski. Wszystkie spory odchodzą w zapomnienie. I jest tu niedaleko taki dom. Pięknie przystrojony. Od progu wita nas zapach świeżych pierniczków. Ogromna choinka błyszczy w salonie. Rodzina Hermiony Granger od lat świętuje w ten sposób. Zawsze spędzają je w rodzinnym gronie. Ona, jej mąż i dwójka dzieci.


- Rose, kochanie, czy mogłabyś mi pomóc udekorować pirniczki?!
- Już idę mamo! – kobieta wróciła do przygotowywania słodkiej polewy.
- Ronald! – zawołała oburzona, zobaczywszy męża wyjadającego masę kakaową.
- Ałaa! – mężczyzna nie był szczęśliwy, kiedy jego żona uderzyła go drewnianą łyżką.
- To na wigilię, najesz się później – kiedy zrobił minę zbitego psa, dodała kręcąc głową: - Jak dziecko, zupełnie jak dziecko. Przyniósłbyś mi lepiej karpia z piwnicy.
Ron wyszedł z kuchni pomrukując coś o tym, że jemu to już nic się od życia nie należy. W progu minął się ze swoją córką.
- O, Rose dobrze, że przyszłaś, bo twój ojciec jest całkowicie nieprzydatny w kuchni.
- Właśnie słyszałam – nastolatka zaśmiała się. – To gdzie są te ciastka?
- Stoją w jadalni na stole, przynajmniej taką mam jeszcze nadzieję. – Rose miała już się oddalić, jednak Hermiona ją zatrzymała. – Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Czy mogłabys wziąć Hugona i zanieść prezenty do wujka Harry’ego i cioci Ginny? Ja naprawdę już dzisiaj nie dam rady, a taty wolę nie wysyłać.
- Jasne mamo, chętnie odwiedzę moich kuzynów.
- Dziękuję Ci kochanie, chyba bym sobie bez ciebie nie poradziła.
- Oj, przesadzasz.

*****
                Jednak nie daleko od tego tętniącego życiem domu, można było spotkać piękną rezydencję, która była całkowitym przeciwieństwem wspomnianego domostwa. Doszukanie się lampek lub jakiejkolwiek ozdoby było niemożliwe. Nawet atmosfera, która tam panowała nie była zbyt radosna, a co dopiero świąteczna. Na sofie leżała kobieta z ciemnymi, brązowymi włosami. Spod jej sukni odznaczał się spory, ciążowy brzuszek. Była pochłonięta lekturą za którą akurat się zabrała. Obok niej na fotelu siedział wysoki mężczyzna o platynowych włosach. Aktualnie przeglądał Proroka Codziennego. Ich syn błąkał się bez większego celu po całej rezydencji. Tak właśnie wyglądały Święta Dracona Malfoya i jego rodziny.

- O której kolacja? – chłopak zwrócił się do rodziców.
- Skrzaty miały ją przygotować na dwudziestą – odpowiedziała mu matka, nie odrywając wzroku od lektury.
- Wspaniale – mruknął. – Wychodzę.
- Dokąd idziesz? – tym razem kobieta spojrzała na syna.
- A jakie to ma znaczenie? – uśmiechnął się ironicznie.
- Masz mi natychmiast odpowiedzieć – kobieta usiadła, choć w jej stanie była to dość powolna opercja.
- Scorpiusie nie wolno denerwować matki w tym stanie – ojciec spojrzał na niego karcąco.
- Wrócę na kolację – powiedział wychodząc z pomieszczenia. – Albo nie…

*****
                Rose zapukała do drzwi domu w którym mieszkali Potter’owie.
- Al, otwórz drzwi! – usłyszała głos cioci Ginny.
- Już mamo!
Zamek w drzwiach szczęknął.
- Cześć Al – uśmiechnęła się do kuzyna.
- Och, serwus Rose – Albus był troszeczkę zaskoczony widokiem kuzynki. – Hej Hugo – przywiatał się z maluchem siedzącym na sankach.
- Przyniosłam prezenty.
- Jasne, wchodźcie – przepuścił ich w drzwiach.
- Ten jest dla ciebie – podała mu paczkę podpisaną jego imieniem. – Mam nadzieję, że Ci się spodoba, bo sama wybierałam.
Albus wyciągnął z pakunku zieloną bluzę. Z przodu widniał napis „ uwaga, bo Ślizgon”, a z tyłu dopisek „… i gryzie”. Chłopak zaśmiał się.
- Dzięki, jest świetna.
- Nie ma za co.
Z kuchni wyjrzała rudowłosa kobieta.
- Rose, jak miło cię widzieć – przytuliła dziewczynę. – Mama nie mogła przyjść?
- Wolała nie zostawiać ciast sam na sam z tatą.
- Rozumiem – Ginny zaśmiała się. – Zostaniecie chwilę, mam gorące kakao?
- Nie, musimy iść jeszcze do wujka Georgea, a nie mamy zbyt wiele czasu. Mama kazała tylko przekazać, że wpadniemy po Świętach.
- Oczywiście. Wesołych Świąt!
- Wesołych Świąt!

*****
                Kiedy Rose była w połowie drogi do domu z nieba zaczął pruszyć śnieg. Hugo zasnął w sankach, dlatego też szła w ciszy, aby go nie obudzić. Mijała zabieganych ludzi, którzy na ostatnią chwilę kupowali prezenty, lub inne potrzebne im rzeczy. Przy jednej z witryn zobaczyła jakąś znajomą sylwetkę. Kiedy ta osoba się odwróciła, miała już pewność, że ją zna, choć nie cieszyła się z tego spotkania. Scorpius Malfoy też ją chyba zauważył, bo ruszył w jej stronę z twarzą wykrzywioną w ironicznym uśmiechu.
- Weasley, stęskniłaś się za mną? – powiedział z udawaną słodyczą.
- Nie mam ochoty cię słuchać, ani tym bardziej się denerwować, więc z łaski swojej daj mi spokój i zejdź mi z oczu – ruszyła przed siebie, jednak chłopak nie miał zamiaru się odczepić.
- Auć, Weasley, mówiono mi, że w wigilię to nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale nie myślałem, że to prawda.
- Bardzo śmieszne, Malfoy. Nudzisz się, czy już nikt cię nie kocha, że się uczepiłeś jak rzep psiego ogona?
- Naucz się, że wszyscy kochają Malfoya.
- Taaa… - miała powiedzieć coś jeszcze, ale zamurowało ją kiedy zobaczyła nadbiegającego kuzyna. – Merlinie, tylko nie to! Zabiję cię kiedyś Malfoy, wiesz!
- Rose! Hugo zostawił u nas swojego… misia? – Albus Potter zgłupiał troszeczkę widząc swojego szkolnego kolegę razem z jego kuzynką. – Malfoy, co ty tu robisz? Mówiłeś, że zostajesz w Hogwarcie – chłopak nie krył swojego zdziwienia.
- Życie jest inne od marzeń, Potter.
Al podał zgubionego misia zdębiałej Rose.
- To ja wam nie będę przeszkadzał – rzucił brunet z dość dwuznacznym uśmiechem i oddalił się tak szybko, że rudowłosa nie zdążyła nawet zareagować.
                Następny odcinek trasy przeszli w całkowitej ciszy, jednak blondyn za nic nie chciał się odczepić. Nastolatka zatrzynała się z czerwonymi ze złości policzkami, kiedy poczuła zimny puch na swojej twarzy.
- Malfoy!!! – chłopak zaśmiewał się w najlepsze. Dziewczyna schyliła się i rzuciła śnieżką w blondyna. W tym momencie chłopak zmarszczył niebezpiecznie brwi.
- To oznacza wojnę, Weasley! – rzucali się tak długo, aż całkowicie przemokli. Rose rozejrzała się.
- Gdzie jest Hugo? – w śniegu dojrzała ślady, które prowadziły wprost do ledwo zamarzniętego stawu. – Merlinie, nie! – biegła nawołując chłopca. Dojrzała go wciąż słodko śpiącego na środku stawu. Przestała krzyczeć, żeby go nie obudzić i niepotrzebnie nie straszyć. Weszła ostrożnie na taflę. Była już blisko brata, kiedy lód przeraźliwe skrzypnął. Ostatnie co zapamiętała to wszechogarniające zimno.

*****
- Coś długo ich nie ma – pani Weasley denerwowała się coraz bardziej.
- Zaraz wrócą, nie martw się – pocieszał ją mąż.
- A jak coś im się stało? Nie wybaczyłabym sobie.
- Nawet tak nie mów. Zobaczysz, zaraz tu pewnie wejdą cali i zdrowi – dzwonek do drzwi rozbrzmiał w całym domu. – Widzisz, to pewnie oni – Ron ruszył do drzwi z zamiarem ich otworzenia. Jego mina była nie do opisania, kiedy zobaczył młodego Malfoy’a niosącego na barana Hugona i ciągnącego na sankach Rose, która była przykryta kurtką chłopaka. Hermiona wyjrzała ponad ramieniem męża. Od razu odezwał się jej zdrowy rozsądek.
- Merlinie, Ronald, wpuść ich natychmiast, muszą być przemarznięci! – mężczyzna położył córkę na kanapie przy kominku i przykrył grubym kocem. Hermiona rozebrała rozentuzjazmowanego pięciolatka, śmiejąc się z jego barwnej opowieści. Scorpius stał z boku przyglądając się temu całemu obrazkowi ze smutkiem i, co musiał przyznać sam przed sobą, z zazdrością. W swoim domu nigdy nie doświadczył tyle miłości i troski, co te rodzeństwo w tej chwili.
- To ja już pójdę – mruknął w stronę dorosłych i chwycił klamkę z zamiarem ulotnienia się. Hermiona postanowiła jednak zatrzymać chłopaka. Od razu skojarzyła go z chłopakiem ze zdjęcia, które stało na biurku jej współpracownika.
- Zostań, powinieneś się rozgrzać. Z tego co powiedział mi Hugo, to uratowałeś życie mojej córce – stało się coś niesłychanego: Scorpius Malfoy się zarumienił. Ale nie mógł nie zareagować na ten pełen bezgranicznej wdzięczności i ciepła wzrok kobiety. – Potem powiadomie twoich rodziców, pewnie bardzo się martwią.
- Wątpie – westchnął tylko w odpowiedzi, jednak dalej już nie protestował. W międzyczasie Rose zdążyła się już obudzić. Nawet Ronald uśmiechnął się do chłopaka, kiedy usłyszał o zaistniałej sytuacji.

*****
                Wszyscy śmiali się z żartu Scorpiusa, kiedy to już po raz drugi tego wieczoru rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Tym razem to Hermiona otworzyła. Kiedy blondyn usłyszał głos swojego ojca już szykował się na dziką awanturę.
- Dobry wieczór Hermiono – przywitał się dość uprzejmie Dracon.
- Witaj Malfoy – kobieta wiedziała, że mężczyzna mówi do niej po imieniu, bo po prostu nazwisko jej męża nie przechodzi mu przez gardło. Czasami czuła się, jakby nigdy nie dorośli i nadal byli w Hogwarcie. Teraz jednak była gryfonka skupiła wzrok na stojącej obok mężczyzny kobiecie. Miała długie włosy w kolorze gorzkiej czekolady. Spod zasłony gęstych rzęs spoglądały na nią brązowe oczy. Była dość smukłej budowy, a pod płaszczem odznaczał się  pokaźnych rozmiarów ciążowy brzuszek.
- To moja żona…
- … Veronica Malfoy – kobieta podała Hermionie dłoń.
- Hermiona Weasley, miło mi – w tym czasie zdążył przyjść Scorpius.
- Możesz zacząć się wydzierać – zwrócił się do ojca.
- Scorpius! Masz tak więcej nie robić! Rozumiesz?! Wiesz jak żeśmy się o ciebie cholernie martwili?! – jednak Veronica musiała przerwać wywód swojego męża, kiedy złapał ją ostry skurcz. Ścisnęła go za rękę.
- Draco, zaczyna się.
- Merlinie, co?! Teraz?! – z pomocą Rona posadzili kobietę na kanapie. – Nie dostaniemy się przecież teraz do Munga! – mężczyzna powoli zaczynał panikować.
- Malfoy uspokój się. Ronald, sprowadź tu szybko Neville’a  - Hermiona musiała zachować zimną krew. – Zaraz zjawi się magomedyk, spokojnie. Oddychaj głęboko – kobieta starała się uspokoić ciężarną.

*****
- Jeszcze chwila, już prawie jest! – po domu rozniósł się płacz noworodka. – Gratuluję państwu ślicznej córeczki – Newille podał dziecko zmęczonej matce. Hermiona odprowadziła przyjaciela do drzwi.
- Powiedz Malfoy’owi jak ochłonie, że powinni się zgłosić jutro z dzieckiem do szpitala, aby przeprowadzić rutynowe badania.
- Oczywiście. Dziękuję Neville.
- Nie ma za co. Luna kazała przekazać wszystkim życzenia.
- Dziękujemy, pozdrów ją od nas.

*****
                To były wyjątkowe Święta, które zmieniły wiele w życiu obydwu rodzin. Nikt by nie pomyślał, że rodziny Malfoy i Weasley mogą wspólnie usiąść przy wigilijnym stole. Nikomu przez myśl by nie przeszło, że Draco może zachwycać się ciastami Hermiony, a Ron i tak by twierdził, że jego własny kawałek na pewno smakuje lepiej. Nikt by nie posądził tych ludzi, że mogą razem usiąść przy kominku i wraz z małą Julie śpiewać kolędy. Mikt by nie przewidział, że Rose i Scorpius mogą pocałować się pod jemiołą. I nikt by nie powiedział, że te rodziny mogą się zaprzyjaźnić. Jednak należy pamiętać, że Święta to magiczny czas, w którym dzieją się rzeczy niesłychane.